Archive for November, 2006

Po wizycie w Kuwejcie. “Lotos” zakwita na pustyni

Friday, November 24th, 2006

Dwa wielkie tankowce przywiozły do Gdańska ropę za ok. 100 mln dolarów. Niby dużo, ale w skali kuwejckiej to mniej niż dzienna produkcja tego kraju.

Gdyby jakakolwiek spółka paliwowa, prowadziła negocjacje w dwóch, trzech miejscach równocześnie – najprawdopodobniej nie podpisała by żadnej umowy. Lojalność w Kuwejcie dotyczy bowiem zarówno życia prywatnego, jak i interesów. Czy to Kuwejtczycy będą budować gazoport w Gdańsku? Czas pokaże.

Lotos zakwita na pustyni

23 mld nadwyżki budżetowej, wzrost PKB 30 proc. brutto. To podstawowe dane opisujące gospodarkę Kuwejtu. Nic więc dziwnego, że inwestorzy z całego świata próbują współpracować z krajem znad zatoki Perskiej. Jak na razie Polakom udaje się to w skali symbolicznej. Poza Grupą Lotos.
Wymiana handlowa Polski i Kuwejtu w ubiegłym roku to 21 mln dolarów. Kwota śmiesznie niska. W tym roku statystyki będą już wielokrotnie wyższe, a wszystko za sprawą gdańskiego Lotosu. Lotos zakupił bowiem w tym roku w Kuwejcie paliwo o wartości ok. 100 mln dolarów.

Pustynie pełna skarbów

Kuwejt to w większości pustynny kraj. I te pustynie są w nim najcenniejsze – skrywają bowiem gigantyczne pokłady ropy naftowej. I to ropy, którą się wydobywa najłatwiej na świecie. Gdy myślimy o polu naftowym oczami wyobraźni widzimy robotników biegających wokół gigantycznych dźwigów pompujących ropę. Ewentualnie wielkie platformy wydobywcze na nieprzyjaznym morzu, setki ludzi walczących z falami i wichrem. Tymczasem w Kuwejcie ropa wydobywa się sama. Wystarczy wwiercić się w odpowiednim miejscu, a ciśnienie gazu wypycha ropę z powierzchnię samodzielnie. Oczywiście trzeba w złoże precyzyjnie trafić. Ale dzięki badaniom geologicznym w Kuwejcie 90 proc. odwiertów kończy się sukcesem. Co więcej te odwierty, w porównaniu z innymi miejscami na świecie, są wyjątkowo płytkie – około 1500 metrów.
Efekty są oczywiste – czerpanie ropy jest w tym miejscu świata wyjątkowo tanie i opłacalne. Jak przyznaje Ali Al-Shammani, dyrektor ds. finansowych KOC, kuwejckiej spółki wydobywającej ropę i gaz, cena uzyskania baryłki ropy waha się od 1 do 2 dolarów.
- W jednym miejscu jest to droższe, w innym tańsze, podana kwota to pewna średnia – zastrzega Al-Shammani.
Tymczasem na światowych giełdach cena baryłki ropy – po ostatnich znacznych spadkach – wynosi ok. 55 dolarów. A kuwejckie firmy wydobywcze produkują dziennie ok. 2,5 mln baryłek. Jeden odwiert na pustyni daje średnio 4 tys. baryłek na dobę.

Wspomnienie po wojnie

To źródło bogactwa tłumaczy, czemu w Kuwejcie takim dramatem był iracki atak na to małe państwo w 1990 r. Skutki irackiej okupacji i walk na polach naftowych widać do dziś. I okazuje się, że płonące szyby nie były największym kłopotem. Udało się je ugasić w miarę szybko. Z dymem poszła 4-letnia produkcja ropy, ale to jeszcze nie koniec świata. Największym kłopotem nie było nawet to, że po “Pustynnej Burzy” niesprawnych było 70 proc. szybów. Najgorsze były zniszczenia instalacji, które powodowały gigantyczne rozlewiska ropy. Wyrzucana pod ciśnieniem na powierzchnię rozlewała się po ogromnych obszarach. W całym Kuwejcie powstało ok. 400 takich “jezior”. Śmierdzących, niebezpiecznych, trudnych do usunięcia. Do dziś na pustyni jest około 100 takich pułapek. Piekące słońce “przerabia” brzegi rozlewisk w naturalny asfalt. Katastrofa ekologiczna, to idealne określenie dla tej sytuacji.
Ale też wojna sprzed lat i obecne wydarzenia w Iraku mają dla Kuwejtczyków inny wymiar. Polski udział w “Pustynnej Burzy” i aktualna obecność w Iraku to “plus” w naszych kontaktach.
- Rzadko słychać to wprost, ale w Kuwejcie tak właśnie mówią – polska obecność wojskowa w Iraku podnosi nasze szanse w kontaktach handlowych z Kuwejtem – mówi Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu, który w mijającym tygodniu prowadził rozmowy w Kuwejcie, w ramach “Dni polskich w Kuwejcie”.

Czekając na tankowce

Grupa Lotos kupiła w tym roku dwa tankowce pełne ropy. Jeden przybył do Gdańska trzy tygodnie temu. Drugi w ubiegłą niedzielę wypłynął z Kuwejtu. W jego ładowniach jest – podobnie jak w ładowniach poprzedniego – milion baryłek ropy. Dwa wielkie tankowce przywiozły ropę za ok. 100 mln dolarów. Niby dużo, ale w skali kuwejckiej to mniej niż dzienna produkcja tego kraju.
- Przerabiamy pierwsze partie kuwejckiej ropy i czekamy na szczegółowy raport techniczny, jakie są efekty tego przerobu – mówi Paweł Olechnowicz, prezes Grupy Lotos. – Wszystko wskazuje na to, że wszystko jest w najlepszym porządku, kuwejcka ropa jest bowiem podobna do tej przerabianej wcześniej w Gdańsku.
Dwa tankowce, to cała obecna umowa z Kuwejtczykami. Lotos przystępuje jednak do negocjacji następnej, tym razem długoterminowej. Gdańska spółka zamierza bowiem regularnie kupować ropę w tym kraju.
- Nasza strategia zakłada zaopatrywanie się w 40 proc. w ropę z innego źródła niż kierunek rosyjski – mówi prezes Olechnowicz. – I mam nadzieję, że w 2007 r. takie proporcje osiągniemy.
Sprowadzanie ropy z Kuwejtu rodzi natychmiastowe pytania o cenę dostaw. Ropa rosyjska, tłoczona rurami jest bowiem nieco tańsza niż wskazują ceny ropy na światowych giełdach. Dostawy rurami są też na razie tańsze, niż transporty tankowcami.
- Sprawa transportu jest jednak dużo bardziej złożona, także jeśli chodzi o ceny – mówi Dariusz Karpiński z Grupy Lotos. – Pierwsze dwa tankowce i cały transport były organizowane przez Grupę Lotos. Była to naprawdę trudna operacja, która w przyszłości może zostać zasadniczo uproszczona. Kuwejcka flota tankowców składa się m.in. z ośmiu potężnych jednostek stale pływających między tym krajem, a Rotterdamem. Tam jest ogromna rafineria należąca właśnie do kuwejckich firm. Tankowce odbywają regularne rejsy do tej rafinerii, skąd jest już blisko do Polski. Możliwy byłby więc taki model współpracy, że ropa trafiałaby by do Gdańska przy okazji wielkich transportów do Rotterdamu.

Nadzieje na przyszłość

Zasada negocjacji w kraju arabskim jest jedna – póki nie ma podpisu pod umową, nie ujawnia się szczegółów kontraktu. Bo wg miejscowego obyczaju w każdej chwili można wrócić do rozmowy o pozornie uzgodnionej już części porozumienia. Takie długie, szczegółowe rozmowy to część arabskiej tradycji.
- Negocjujemy warunki dostaw, teraz już bardziej regularnych – mówi prezes Olechnowicz. – I na tym informacje się kończą. Inaczej nie można.
Jednocześnie tamtejsi kupcy są bardzo wrażliwi na gesty. Gdyby Lotos, czy jakakolwiek inna spółka paliwowa, prowadziła negocjacje w dwóch, trzech miejscach równocześnie – najprawdopodobniej nie podpisała by żadnej umowy. Lojalność dotyczy bowiem zarówno życia prywatnego, jak i interesów. W efekcie Lotos rozmawia tylko z Kuwejtczykami.
Wybór Kuwejtu okazał się zresztą dla Lotosu strzałem w dziesiątkę. W ostatnich miesiącach odkryto tam bowiem kolejne potężne złoża ropy i gazu ziemnego. Tym razem pod Zatoka Perską i w strefie wybrzeża.
- Z zapasami ropy naftowej jest tak, że ciągle straszy się ich wyczerpaniem i nic z tego nie wychodzi – mówi Olechnowicz. – 20 lat temu słyszałem zapowiedzi, że tej ropy za 20-25 lat już nie będzie. Teraz znowu słyszę o perspektywie wyczerpanie się złóż za 20-25 lat. Ale te ostatnie odkrycia sprawiają, że ten kres ropy znowu można odłożyć o kolejne dziesiątki lat. Ciekawe, co się będzie wówczas mówiło…

Nie tylko ropa

Po czterodniowym pobycie w Kuwejcie delegacji polskiego Senatu oraz grupy polskich biznesmenów oczekiwania na inwestycje kuwejckie w Polsce gwałtownie wzrosły.
- Jestem zaskoczony tym jak nas serdecznie przyjmowano, ale też jak duża jest wola wspólnego robienia interesów z tamtej strony – relacjonuje Bogdan Borusewicz. – I tu nie chodzi o puste gesty. W czasie rozmowy z premierem Kuwejtu, pan premier zaczął nagle mówić o Gdańsku. Wiedział dużo o tym mieście, i nie chodzi tylko o solidarnościową przeszłość, czy fakt, że akurat ja mieszkam w tym mieście. Bo po kilku uwagach historycznych natychmiast zaczął mówić o porcie w Gdańsku i planowanych tam inwestycjach. Oczywiście bez konkretów, ale skoro sam premier Kuwejtu wspomina o porcie w Gdańsku, to wygląda to naprawdę ciekawie.
Czy zatem Kuwejtczycy będą budować gazoport w Gdańsku? Czas pokaże. Zainteresowanie bałtyckim portem budzi jednak ogromne nadzieje. O nadziejach na inne formy współpracy pojawiają się też w Grupie Lotos, która szuka partnera do sfinansowania strategicznych inwestycji rozwojowych w tej grupie. Czy będą to Kuwejtczycy? Nieoficjalnie mówi się, że byłoby to rozwiązanie idealne. Tutejsze firmy są gotowe inwestować nawet gdy nie przejmują całkowitej kontroli nad rozbudowywaną firmą. Zadowalają się nawet mniejszościowymi pakietami akcji. A w dodatku gwarantują, że surowca do przerobu nigdy nie zabraknie. Czy zatem czekają nas kuwejckie inwestycje w Lotosie?
- Czas pokaże – mówi prezes Olechnowicz, ale też dodaje: – Jeśli będą konkrety, to za rok. Tu biznes wymaga czasu.

Od autora: Politycy przydają się głównie wtedy, gdy załatwiają sprawy ważne dla gospodarki. Jeśli uda się zrobić dobre interesy w Kuwejcie, to będzie to najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy.

Autor artykułu: Artur Kiełbasiński

“Halemba” czy warto było poświęcić życie za maszyny

Friday, November 24th, 2006

Kompania Węglowa miała zwolnić 800 pracowników kopalni Halemba! Właśnie takie cięcia powodują konieczność zatrudniania pod ziemią firm zewnętrznych.

Górnicy twierdzą, że w kopalniach sprzęt liczy się bardziej od ludzi

Za wszelką cenę

Ile kosztuje życie polskich górników? Tragedia na kopalni Halemba wystawia precyzyjny rachunek – to 70 mln złotych, bo tyle kosztował sprzęt, którego odzyskanie stało się celem piętnastu pracowników firmy Mard i ośmiu górników z kopalni Halemba, których w śmiertelnej pułapce, ponad kilometr pod ziemią, zamknął wybuch metanu.
- Życie jest bezcenne, a to, co dzieje się obecnie w polskich kopalniach nazywamy zjawiskiem ekonomii za wszelką cenę – wyjaśnia Dominik Kolorz, szef górniczej „Solidarności”. – Jeszcze nie tak dawno dochodziło do zamykania ścian z powodu zbyt wielkiego ryzyka dla ludzi. Teraz już o tym nie słyszę. Tak miało się stać ze ścianą, gdzie zginęli górnicy z Halemby.
Według Kolorza sytuacja w rudzkiej kopalni ujawnia wszystkie patologie jakie rządzą obecnie górnictwem. Przykład idzie z góry.
- W Kompanii Węglowej panuje burdel organizacyjny. Nikt nie wie, za co odpowiada – mówi związkowiec.
Dwa dni teorii i miesiąc praktyki
Kilka dni temu na ręce górniczej „Solidarności” trafił raport zlecony przez Kompanię Węglową, z którego wynikało, że zatrudnienie w Halembie trzeba zredukować o 800 osób.
- Brak fachowych rąk do pracy to główne źródło problemów – wyjaśnia Kolorz. – Potem zatrudnia się zewnętrzne firmy, w których dziś pracuje ok. 19 tysięcy pracowników. Właśnie taka firma wydobywała sprzęt z poziomu 506.
W takich firmach i firemkach zwykle są zatrudniani ludzie leciwi, albo młokosy. Gdy trafią w ekstremalne warunki nie wiedzą co robić.
Szkolenie pracownika np. ze spółki Mard trwa bardzo krótko. To dwa dni teorii i miesiąc praktyki. Jak 21-letni człowiek ma bezpiecznie poruszać się 1030 metrów pod ziemią w temperaturze 28 stopni C?
Kolorz uznaje za skandaliczną procedurę przetargową.
- Przetarg, który miał miejsce w Halembie był dwa razy rozstrzygany. Firma Mard oprotestowała wyniki pierwszego przetargu i wygrała – mówi.
Dodajmy, że szefem firmy jest były nadsztygar z Halemby…

Podpoziomy

Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki, odpowiedzialny za restrukturyzację górnictwa, piętnuje przede wszystkim brak wystarczających inwestycji w górnictwie, co mści się w tragiczny sposób na górnikach.
- Nie budujemy nowych szybów. 45 proc. wydobycia pochodzi z tzw. podpoziomów, a więc wyrobiska powstają pod najniższym poziomem wydobycia, które odbywa się w skrajnie trudnych warunkach i bardzo głęboko – wyjaśnia.
W śląskich kopalniach jest kilkadziesiąt ścian z zablokowanym sprzętem, który czeka na wydobycie. Aby otworzyć taką otamowaną ścianę, trzeba skalkulować ryzyko – w przypadku Rudy Śląskiej akcję powinni przeprowadzić wyszkoleni ratownicy, a nie wybrana w przetargu firma zewnętrzna.

Czteroletnie doświadczenie

Marian Długosz, właściciel Górniczego Przedsiębiorstwa Usługowo-Handlowego Mard, nie ukrywa, że jest zdruzgotany tym, co się wydarzyło.
— Właśnie siedzę w stołówce z rodzinami osób, których na razie nie udało się odnaleźć. Ludzie, którzy pracowali w Halembie mieli dobre kwalifikacje, to byli dobrzy pracownicy — mówi.
Jego firma ma na rynku górniczym ledwie czteroletnie doświadczenie. W Halembie zlikwidowała już wcześniej trzy ściany, prowadziła także prace w nieistniejącym już katowickim „Kleofasie” oraz w kopalni Knurów. Długosz zapewnia, że za każdym razem prace prowadzone były pod okiem specjalistów z kopalń.
– Mam wszystkie ubezpieczenia, rodziny ofiar i poszkodowanych dostaną odszkodowania.
Tymczasem związkowcy twierdzą, że prywatne firmy wykonujące usługi dla kopalń, to prawdziwa plaga. Wynajmowane są one do najcięższych i najbardziej niebezpiecznych prac, a jednocześnie ich pracownicy są bardzo słabo opłacani (często od 600 do 800 złotych), bywają w zaawansowanym wieku, a ich kwalifikacje pozostawiają wiele do życzenia. Często mają właściwy ekwipunek — zjeżdżają na dół w tenisówkach i dziurawych dżinsach.
Górnik na stałe pracujący w kopalni nigdy nie pozwoliłby sobie na pracę w takim stroju…

Paniki nie było

W środę, kiedy jeszcze trwały poszukiwania zaginionych, na kopalnianym placu utkanym wozami transmisyjnymi kłębił się tłum górników, którzy właśnie skończyli szychtę. Nie wszyscy spieszyli się do domów. Wielu dzwoniło z komórek do żon, do dzieci. Że są cali i zdrowi.
Choć akcja ratownicza odbywała się na poziomie 1030, na innych poziomach trwała praca. Wg górników, z którymi rozmawialiśmy na poziomie 1030 jest jeszcze inne wyrobisko, kilkaset metrów dalej. Tam również nie wstrzymano robót. Górnicy to rozumieją. To ich zakład pracy. Dla nich być, albo nie być. W Rudzie Śląskiej kopalnia to największy żywiciel.
– Na szczęście pracuję teraz w rejonie wyłączonym z chodnika, na poziomie 830 – mówi 42-letni Marek Binkowski, maszynista wyciągowy na Halembie śpieszący do pracy na godz. 14.
Kiedy doszło do wybuchu, był na kopalni.
– Dowiedzieliśmy się od sztygara, którego wezwano. Sztab miał zdecydować o zmianie kierunku wentylacji – dodaje Binkowski.
Jaka była reakcja?
– Nie było paniki, raczej wyciszenie. Każdy trawił tę wiadomość po swojemu, ale było nam ciężko. Każdy myślał o ofiarach, o uratowanych – dodaje.
Przyznaje, że z ciężkim sercem wychodził w środę do pracy. Od żony usłyszał „tylko szczęśliwie wróć”.
– Szczerze? Odechciewa się pracować – wzdycha.
Bomba metanowa
Górnicy, którzy skończyli poranną dniówkę w skupieniu palą papierosy na placu. Mówią o ryzyku zawodowym i braku perspektyw innych niż kopalnia w rodzinnym mieście.
– Za jakie ja pieniądze narażam życie? – pyta w końcu rozgoryczony 34-letni Krystian Grodzki, górnik przodkowy z Halemby. – 1,6 tys. zł na miesiąc? Warto? Nie warto, ale robota poza kopalnią jest za 600-800 zł. Rodziny nie wyżywię. Już teraz ciężko.
Krystian Grodzki jeszcze kilka miesięcy fedrował na feralnym poziomie 1030.
– Po cholerę po tylu miesiącach władze kopalni zdecydowały tam wpuścić ludzi do nieczynnego wyrobiska! – denerwuje się. – Ja wiem że ktoś te prace musi wykonać, ale przecież to trzeci wypadek na tej ścianie! Tam jest bomba metanowa!
Do Krystiana Grodzkiego dzwoniła w nocy matka. Czy żyje, czy cały i zdrowy.
– Błagała żebym wziął sobie urlop, ale powiedziałem „co to zmieni? ”. Nic. Natura się mści, choćby nie wiem ile szkoleń BHP było, ile czujników – wzdycha Grodzki.
Górnicy twierdzą, że w ostatnim czasie na poziomie 1030, w ścianie wybuchu stężenie było tak duże, że co dwa dni przerywano prace i wietrzono chodnik. Ze smutkiem przyznają, że nie ma roku, żeby przed Barbórką nie było wypadku na Halembie.
– Musi swoje żniwo zebrać – wzdycha 38-letni Kazimierz Smulski, ślusarz w ścianie. Grodzki dodaje: – Prawda jest taka. Na kopalni zawsze liczyły się bardziej maszyny niż ludzie. I to cała tragedia. Zysk, zysk i jeszcze raz zysk.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak, Witold Pustułka

Sąd zadecyduje o losie Jacka M.

Friday, November 24th, 2006

W czwartek przesłuchiwani byli we Wrocławiu zatrzymani w środę prezes Arki Gdynia Jacek M. i były kierownik pierwszoligowej drużyny piłkarskiej Wiesław K. Przypomnijmy, że obaj działacze gdyńskiego klubu podejrzewani są o korupcję, a dokładniej o tzw. ustawianie wyników spotkań piłkarskich.

O jakie mecze chodzi? Tutaj są już tylko dziennikarskie domysły, że policję i prokuraturę we Wrocławiu najbardziej interesuje sezon 2004/2005 w którym Arka wywalczyła awans do ekstraklasy. Piłkarskie środowisko dziwiło się w tym czasie – określając to delikatnie – całej serii karnych, które sędziowie odgwizdywali na korzyść gdynian. Było, minęło, ale jak widać nie dla wszystkich. Dziwnym, a dla niektórych znamiennym, sygnałem było zgłoszenie się do wrocławskich prokuratorów trenera Mirosława D. , który wprowadził Arkę do ekstraklasy. Podobno ten szkoleniowiec przyznał się do udziału w korupcyjnym procederze związanym z awansem… Górnika Polkowice, z którym do ekstraklasy trafił przed przyjazdem do Gdyni.
Zatrzymanie Jacka M. I Wiesława K. wywołało w Gdyni szok, zdumienie, ale także falę plotek i różnego rodzaju domysłów. Czwartkowe przesłuchanie, a w zasadzie informacje po nim, które dochodzą do opinii publicznej niewiele nowego wnoszą do sprawy.
- Obaj mężczyźni otrzymalli zarzut korumpowania sędziów w zamian za korzystne dla ich drużyny rozstrzygnięcia spotkań ligowych. Dodatkowo prezesowi postawiono zarzut uczestniczenia w zorganizowanej grupie przestępczej – powiedział w czwartek rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Leszek Karpina.
Wrocławska prokuratura wystąpiła z wnioskiem o areszt dla prezesa Jacka M. O tym czy trafi on tam na trzy miesiące zadecyduje w piątek o godzinie 11 wrocławski sąd. Mecenas Maciej Urbański, adwokat Jacka M., powiedział nam, że na posiedzeniu sądu ma zamiar przedstawić oświadczenia wielu osób publicznych z Trójmiasta, które są tzw. poręczeniem osobistym i mogą być stosowane zamiast aresztu.
Według nie potwierdzonych danych były kierownik drużyny Arki Wiesław K. po przesłuchaniu miał zostać zwolniony do domu. Jeszcze w czwartek późnym wieczorem, albo w piątek.
- Zarzuty wobec niego nie mają tak dużego ciężaru gatunkowego – usłyszeliśmy we wrocławskiej prokuraturze.

Mecz Arki przełożony
Zaplanowany na sobotę mecz Pucharu Ekstraklasy Lech Poznań – Prokom Arka Gdynia został – z uwagi na ogłoszona żałobę narodową – przełożony na inny termin. To spotkanie odbędzie się w Poznaniu w poniedziałek 27 listopada o godzinie 18.30.

Autor artykułu: Janusz Woźniak

Sejmik Wojewódzki rozpoczął kadencję 2006-10

Thursday, November 23rd, 2006

O wybór wiceprzewodniczących Sejmiku i kwestie proceduralne zdążyli się pospierać radni PO i PiS na pierwszej po wyborach sesji Sejmiku Pomorskiego. Dwóch świeżo wybranych radnych zrzekło się mandatów.

Funkcję przewodniczącego Sejmiku będzie nadal pełnił Brunon Synak (PO). Wygrał głosowanie (20 do 11) z Janem Klawiterem zgłoszonym przez PiS.
- Powołam rzecznika prasowego Sejmiku, bo za mało się o nim mówi – takimi m.in. argumentami bezskutecznie próbował przekonywać do siebie radnych Klawiter.
Emocje wzbudziło niewybranie wiceprzewodniczących. Wniosek o przełożenie głosowania na kolejną sesję zgłosił przewodniczący klubu PO Jacek Bendykowski. Ta partia nie ustaliła jeszcze swojego kandydata.
Na to nie chciał zgodzić się PiS.
- Skoro dziś wybraliśmy przewodniczącego, to wiceprzewodniczących też możemy – mówił Andrzej Jaworski, szef klubu PiS.
Wniosek Bendykowskiego przeszedł. PO ma 18 radnych w 33 osobowym Sejmiku i samodzielną większość. Wczoraj wspierał ją jeszcze jeden radny PSL. Po chwili jednak PiS zgłosił wniosek o ponowne wpisanie głosowania nad wiceprzewodniczącymi do porządku obrad. Został odrzucony.
- Widzę, że PO stosuje rozwiązanie siłowe już na początku kadencji – Komentował Jaworski.
W międzyczasie spierał się też z Synakiem o kwestie proceduralne.
Jeszcze przed wyborem przewodniczącego radni złożyli ślubowanie. Mandatów nie objęli Stanisław Kochanowski, który został wójtem Sztutowa (PSL, na jego miejsce wejdzie Stanisław Tomczyk) i Mirosław Górski, dyrektor gdańskiego oddziału NFZ (PiS, jego miejsce zajmie Patryk Demski).
W Sejmiku funkcjonują trzy kluby radnych: PO, PiS i Samoobrony. Do trzech radnych tej ostatniej dołączył Piotr Gontarek z SLD (klub musi mieć min. czterech członków). Dwóch radnych PSL będzie współpracować z PO. O porozumieniu w tej sprawie poinformował marszałek Jan Kozłowski. To oznacza kres przedwyborczego bloku PiS, Samoobrona, PSL i LPR, który Jacek Kurski ochrzcił mianem “Solidarnego Pomorza”.

Autor artykułu: Katarzyna Szcześniak Michał Lewandowski

Wybuch metanu w kopalni

Thursday, November 23rd, 2006

Sześciu górników na pewno nie żyje. Los ich pozostałych 17 kolegów jest wciąż nieznany. Prowadzona od wtorku akcja ratownicza w kopalni “Halemba” w Rudzie Śląskiej była wczoraj wielokrotnie przerywana. Do godziny 20 kierujący nią Sztab Kryzysowy nie zdecydował się na ponowne skierowanie ratowników w rejon wybuchu. Jednocześnie przyczyny tragedii zaczęła badać gliwicka prokuratura.

Wtorkowy wybuch metanu w jednym z korytarzy w kopalni “Halemba” wstrząsnął całą Polską. Rodziny uwięzionych ponad tysiąc metrów pod ziemią górników i ich koledzy przez cały wczorajszy dzień i noc czekali na jakiekolwiek wiadomości. Te, które co pewien czas do nich napływały, nie napawały jednak optymizmem. Ratownicy wielokrotnie musieli wycofywać się z zasypanego korytarza. Co pewien czas podnosiło się w nim bowiem stężenie metanu. Trzeba było go więc wietrzyć i dodatkowo wypompowywać z niego wodę.
- Jeżeli warunki w wyrobisku będą bezpieczne dla ratowników, natychmiast wznowią oni poszukiwania górników – mówił wczoraj po południu Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej, do której należy ta kopalnia.
Specjaliści z zakresu górnictwa zgodnie przyznawali, że sytuacja w “Halembie” jest ekstremalnie trudna. Nawet sami górnicy mówili, że co prawda cuda się zdarzają, jednak szanse na uratowanie ich kolegów są właściwie minimalne. 23 górników (w większości pracowników firm zewnętrznych -dop.red.) pracowało w tym samym korytarzu, z którego przed kilkoma miesiącami udało się uratować z zawału Andrzeja Nowaka, górnika który pod ziemią przeżył pięć dni. Ich zadaniem było odzyskanie pozostawionych tam w związku z poprzednim wypadkiem maszyn górniczych i likwidacja tej ściany. Wczoraj mieli oni zakończyć prace, a ścianę przejąć miała kopalnia.
- Gdyby ten wypadek zdarzył się dzień później, zginęłoby z 50 osób – mówi Andrzej Nocoń, górnik z “Halemby”, który wczoraj od wczesnych godzin rannych czekał pod bramą kopalni na wiadomości o swoim przyjacielu, który nie wrócił na powierzchnię z wtorkowej popołudniowej zmiany. – Wiem, że zawsze trzeba mieć nadzieję, sam uczestniczyłem w akcji ratowania Zbigniewa Nowaka, ale tym razem chyba nie ma szans. Koledzy, którzy pracowali na poziomie 800 metrów mówili, że po wybuchu ciśnienie było tak wielkie, że aż pozatykało im uszy. Aż strach pomyśleć co działo się 200 metrów niżej – mówi załamany górnik.
Nad wyjaśnieniem przyczyn wybuchu metanu w kopalni “Halemba” pracuje cały sztab specjalistów. Postępowanie w tej sprawie prowadzi Okręgowy Urząd Górniczy w Gliwicach. Okoliczności katastrofy bada także specjalna komisja ekspertów powołana przez prezesa Wyższego Urzędu Górniczego. Śledztwo prowadzi także Prokuratura Okręgowa w Gliwicach.
- Postępowanie przygotowawcze zostało wszczęte pod kątem artykułów 163 i 155 kodeksu karnego. Dotyczą one sprowadzenia zdarzenia, zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu, a także nieumyślnego spowodowania śmierci człowieka – wyjaśnia Michał Sułczyński, rzecznik gliwickiej prokuratury.
Prokuratorzy będą korzystać z ustaleń organów nadzoru górniczego, jednak przeprowadzą także własne śledztwo. Na razie będzie ono prowadzone jednak tylko w takim zakresie, który nie utrudni akcji ratowniczej. Wczoraj śledczy rozpoczęli analizowanie dokumentacji dotyczącej m.in. działania czujników metanometrii (badających stężenie metanu w powietrzu – dop.red.) w kopalni oraz uprawnień i kompetencji osób pracujących w tym rejonie. Wydobyte dotąd na powierzchnię ciała sześciu górników przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach, gdzie na zlecenie gliwickiej prokuratury przeprowadzona zostanie sekcja zwłok. Ze względu na trudności z ich identyfikacją – ciała ofiar są bardzo poparzone – pobrane zostaną także próbki kodu DNA, które pozwolą ustalić personalia wydobytych na powierzchnię górników.

Autor artykułu: Maciej Pawlikowski reporterzy Dziennika Zachodnieg

Prezes Arki zatrzymany

Thursday, November 23rd, 2006

Wrocławscy policjanci zatrzymali prezesa zarządu Sportowej Spółki Akcyjnej Arka Gdynia Jacka M. i byłego kierownika tej pierwszoligowej drużyny piłkarskiej Wiesława K. To efekt śledztwa dotyczącego korupcji w piłce nożnej.

Obaj działacze gdyńskiego klubu wczorajszą noc spędzili w policyjnej izbie zatrzymań we Wrocławiu, a dzisiaj będą przesłuchiwani.
- Mężczyźni podejrzewani są o korupcję, chodzi o tzw. ustawianie wyników spotkań piłkarskich — powiedział Wojciech Wybraniec z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
- Władzom spółki nie są znane powody zatrzymania prezesa, klub pracuje normalnie — głosi lakoniczny komunikat zarządu Arki.
My możemy się tylko domyślać, że policji i prokuraturze chodzi a piłkarski sezon 2004/2005 w finale którego Arka awansowała do ekstraklasy. Wówczas sędziowie byli dla żółto-niebieskich bardzo przychylni dyktując na ich korzyść aż 13 rzutów karnych.
Do tej pory wrocławskim policjantom w sprawie korupcji w polskiej piłce nożnej udało się zatrzymać prawie 50 osób. Wśród nich są m.in. sędziowie, działacze sportowi, prezesi klubów i piłkarze.

Autor artykułu: Janusz Woźniak

Dziemiany. Uczniowie realizują nietypowy projekt. Znane i nieznane historie kapliczek

Wednesday, November 22nd, 2006

Kapliczki przydrożne – to nazwa projektu, jakim zajmują się uczniowie z Zespołu Kształcenia i Wychowania oraz Gimnazjum im. Kardynała Wyszyńskiego w Dziemianach. Uczniowie zbierają informacje na temat kapliczek z terenu całej gminy. Okazuje się, że jest ich 27.
- Rozmawiamy z mieszkańcami, którzy opowiadają nam ciekawe historie – mówi Klaudia Szalewska, gimnazjalistka z Dziemian. – Zbieramy też stare zdjęcia. Chcielibyśmy, aby w przyszłości powstała na ten temat publikacja. Okazuje się, że każda kapliczka powstała na skutek jakiegoś wydarzenia. Na przykład w Trzebuniu postawiono ją w podziękowaniu za to, że rodzinie udało się wybudować gospodarstwo.

W Piechowicach stoi figurka św. Antoniego, która powstała w podziękowaniu za szczęśliwy powrót do domu po wojnie. Najbardziej zniszczona jest kapliczka w Zimnym Dworze. Właściciele nie żyją, więc jej historii jak dotąd nie udało się poznać.
Uczniowie zainteresowali się projektem dzięki polonistkom Małgorzacie Turzyńskiej i Izabeli Dzieszko.
- Uczniowie sami muszą dotrzeć do źródeł – mówi Małgorzata Turzyńska. – Praca badawcza jest dla nich prawdziwym wyzwaniem. Informacje zbierają w różnych miejscowościach. Dzięki temu poznają historię gminy i ciekawie spędzają wolny czas.
- Młodsi uczniowie pracują wspólnie ze starszymi – dodaje Izabela Dzieszko. – Naszym celem było pobudzenie zainteresowania przeszłością. Praca badawcza powoduje u dzieci dowartościowanie. Uczniowie poznają wartość historyczną i kulturową kapliczek. Każda z nich kryje niezwykłą historię.
W ramach projektu zorganizowano także wycieczkę do Pelplina.
- W bibliotece szukaliśmy informacji na temat ks. Franciszka Podlaszewskiego, dawnego proboszcza parafii w Dziemianach – mówi Klaudia Szalewska. – Ksiądz jako pierwszy dokonał spisu krzyży i kapliczek z naszej gminy. Dotarcie do tych materiałów było głównym celem naszej wyprawy. W bibliotece przeglądaliśmy starodruki. Przy okazji zwiedziliśmy seminarium, katedrę i Muzeum Diecezji Pelplińskiej. W drukarni obserwowaliśmy, jak powstaje książka. Na zakończenie modliliśmy się przy grobie biskupa Dominika.

Autor artykułu: (SURA)

Osiek. Wójt wycofał się z drugiej tury wyborów

Wednesday, November 22nd, 2006

Janusz Kaczyński, wójt gminy Osiek, poinformował nas, że zrezygnował z drugiej tury wyborów. Wobec Janusza Kaczyńskiego wydano w 2005 r. prawomocny wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne, w sprawie przestępstwa umyślnego ściganego z oskarżenia publicznego.

Wójt był oskarżony o to, że nie zawiadomił organów ścigania o popełnieniu przestępstwa, polegającego na podrobieniu podpisu przez jedną z mieszkanek, w piśmie do Urzędu Gminy. Według ordynacji wyborczej z takim wyrokiem nie można kandydować, ale Janusz Kaczyński w swoim przedwyborczym oświadczeniu nic o tym nie wspomniał.
- Nie wiedziałem, że to dyskwalifikowało mnie jako kandydata – mówi wójt. – Dowiedziałem się o tym po pierwszej turze. Według mnie to była drobna sprawa, niemniej okazało się, że startować w wyborach nie mogłem, więc zrezygnowałem.
Gminna Komisja Wyborcza w Osieku przekazała Państwowej Komisji Wyborczej informacje, że druga tura wyborów w gminie ma odbyć się nie 26 listopada, ale 10 grudnia. O fotel wójta będą rywalizowały panie: Stanisława Kurowska, która zajęła drugie miejsce w pierwszym podejściu i Beata Czachor, która zajęła trzecie miejsce.

Autor artykułu: (MJ)

Skarszewy. W oczekiwaniu na… pierścień

Wednesday, November 22nd, 2006

Za dwa tygodnie ma się zakończyć budowa ronda na skrzyżowaniu ulic Starogardzkiej z Kościerską. Wykonawcą jest starogardzkie Przedsiębiorstwo Budowy Dróg SA.

- Wykonaliśmy już m.in. wjazd i wyjazd do okolicznej stacji paliw i niemal całą nawierzchnię z betonu asfaltowego – mówi Zbigniew Michalak, kierownik budowy. – Teraz pozostało nam jeszcze wykonanie pierścienia ronda i fragmentu zieleni z chodnikami i pasem dla rowerów dookoła tego skrzyżowania.
W związku z budową ronda w Skarszewach nadal nie planuje się żadnych objazdów. Z inwestycji cieszyć się będą jednak nie tylko kierowcy, ale też podróżujący autobusami PKS. W okolicach ronda powstanie nowy przystanek. Budowa jest współfinansowana przez Urząd Marszałkowski, który pokryje 65 proc. kosztów. 35 proc. dołożyło Starostwo Powiatowe. Cała inwestycja ma kosztować blisko 1,2 mln zł.

Autor artykułu: (SEBA)

Gdańsk. Obchody Dnia Pracownika Socjalnego

Tuesday, November 21st, 2006

Pracownicy Socjalni świętowali wczoraj w Gdańsku. W Teatrze „Wybrzeże” przyznano 26 awansów i 9 nagród specjalnych.

Uroczystość dla pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej poprowadził Piotr Świąc z TVP 3. Uświetnił ją także występ solistki gitarowej, Moniki Dżuli z Akademii Muzycznej w Gdańsku.
- Nikogo nie musimy przekonywać, jak ta praca jest ważna. Mamy tu grupę ludzi, których wysokie umiejętności i znakomita znajomość prawa o pomocy społecznej, poznałam przy okazji rozmaitych interwencji. To ważna misja i miejmy nadzieję, że wspólnie będzie nam się coraz lepiej pracować i planować nasze działania – mówiła Katarzyna Hall, wiceprezydent Gdańska.
Święto, ustanowione w 1990 roku Ustawą o Pomocy Społecznej, stało się już tradycją. W tym roku, po raz pierwszy symbolicznymi “Zielonymi sercami” wyróżniono organizacje współpracujące z ośrodkiem. Za “serce, partnerstwo i wspaniałą współpracę w działaniach na rzecz potrzebujących mieszkańców Gdańska” doceniono Caritas Archidiecezji Gdańskiej, Stowarzyszenie Domu Opieki “Złota Jesień” oraz Stowarzyszenie Gdańskich Pedagogów Praktyków.
- Oprócz nagród i awansów przyznaliśmy także kilkadziesiąt wyróżnień – mówi Sylwia Ressel, rzecznik prasowy MOPS, także wyróżniona nagrodą specjalną za efektywną pracę i innowacyjne rozwiązania.

Nie tylko dobre słowo
Rozmowa z Joanna Goszczyńską, laureatką szóstego konkursu na pracownika socjalnego roku, organizowanego przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Gdyni.

- Kto najbardziej potrzebuje pani pomocy?
- Starsze, samotne osoby, matki wychowujące samotnie dzieci, rodziny wielodzietne. Staram się gościć w ich domach co najmniej raz w miesiącu. Jeszcze częściej dzwonię, bo wiem, że niektórzy podopieczni z utęsknieniem czekają na mój telefon.
- Co może pani zrobić, aby pomóc osobom, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej?
- Ważna jest nie tylko pomoc finansowa, np. przy zakupie opału na zimę, ale także dobre słowo. Chcę, aby moi podopieczni uwierzyli w siebie, zrozumieli, że stać ich na to, aby zmienić własne życie. Oferuję im m.in. bezpłatne porady prawników, psychologów i pedagogów, które mogą pomóc mi osiągnąć zamierzony cel.

Przyjechali po naukę
W Gdyni do środy gościć będzie delegacja pracowników socjalnych ze szwedzkiego Helsinborgu. Szwedzi odwiedzą wszystkie placówki Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Celem wizyty jest wymiana doświadczeń i informacji. Gości gdyńskiego MOPS najbardziej interesuje sposób, w jaki nasi pracownicy socjalni pomagają osobom starszym.
(PIW)

Autor artykułu: Magdalena Raszewska